Max Czornyj w Górze Kalwarii - pełny zapis spotkania z mieszkańcami

Dodano: 18 września 2022; W minioną środę gościem specjalnym projektu Słuchaj kultury, promującego słuchanie audiobooków, odbywającym się w Bibliotece Miejskiej w Górze Kalwarii, był autor kryminałów i powieści obyczajowych – Max Czornyj.

Max Czornyj to urodzony w 1989 roku w Lublinie pisarz i adwokat, który zadebiutował w 2017 roku powieścią "Grzech", a od tamtej pory wydał 39 książek (9 w roku ubiegłym).

Spotkanie poprowadził Hubert Gieleciński - redaktor, fotograf, kurator wystaw, organizator wydarzeń kulturalnych, miłośnik fotografii, od wielu lat związany z Centrum Kultury w Piasecznie .

Spotkanie rozpoczęło się wysłuchaniem fragmentu audiobooka powieści "Mortalista".

Max Czornyj – Co do zasady rzadko zdarza mi się słuchać audiobooków, stronię raczej od tego. Nawet jadąc samochodem wolę włączyć muzykę, niż słuchać powieści, bo nie jest to forma która mnie przekonuje w żaden sposób.

Hubert Gieleciński – Panie Maxie więc jeśli ne audiobook, no to tekst. Tradycyjny w książce czy może na czytniku, tablecie?

M.C – Nie. Też nie uznaję czytników, tabletów. Wolę zdecydowanie książkę, format tekstowy, litery , dotyk stron, zapach. To jest banał, ale rzeczywiście lubię pod względem wrażeniowym konkretny rodzaj papieru, nie czysto biały, lekko beżowy. Zresztą sam bardzo przykładam wagę do detalu, pod względem interlinii, wielkości czcionki. Staram się zawsze mieć wpływ na efekt finalny jakim jest ta książka, która trafia do czytelnika aby prezentowała się w pełni zaspokajając moje wrażenia bo ja jestem tym pierwszym czytelnikiem właśnie.

H.G – A okładki? Czy ma pan wpływ na to jaka będzie grafika? Jakie będą litery?

M.C - W zależności od serii, ale oczywiście chodzi o jakąś spójność i estetykę. Czasem mój gust, a gust grafików jest tak rozbieżny, że od razu mówię, że tego nie zrobimy. Czasem ta rozbieżność jest tak głęboka, że uważałbym to za skrzywdzenie tekstu i odbiorcy. Grafiki, tytuły to wszystko jest kwestią dochodzenia do jakiegoś konsensusu. Jest to długotrwały proces, tak samo jak jest to cały zabieg marketingowy, zastanawianie się nad tytułem, nad czcionką, interlinią etc. To są detale, które moim zdaniem składają się później na cały efekt książki. Nie wiem jak Państwo, ale moje wybieranie literatury współczesnej zaczyna się w 90% od okładki.

H.G – Czyli mimo umiejętności autora najważniejsze jest jednak opakowanie?

M.C – Oczywiście. Nazwisko pociąga sprzedaż, ale jeśli nie łączy się z tym jakaś okładka raczej nic z tego nie będzie. Eksperymentalnie mógłbym zrobić każdą książkę tylko z nazwiskiem autora, bez żadnej grafiki. Chciałem kiedyś zrobić taki eksperyment z jedną ze swoich książek ale wydawca uznał to za zbyt ryzykowne.

H.G – Wróćmy jeszcze na chwilę do audiobooków. Czy ma dla pana znaczenie kto czyta pana książki?

M.C – Tak. Ma znaczenie, nawet jeśli ja tego nie wysłucham. Kiedyś bardziej to śledziłem ale jednak są to czołowi zawsze lektorzy czy też interpretatorzy. To jest jedna kwestia a druga kwestia jest taka, żeby w cyklach była tożsamość jednego czytającego jak np. Jarociński , tych fragmentów akurat słuchałem bo robi to po prostu w sposób perfekcyjny. Inaczej przedstawia tekst niż ja go sam słyszałem pisząc. Np. W pierwszym rozdziale “Grzechu” gdzie jest 1,2,3… ja to słyszałem jako sumę oddechów a on to zinterpretował tak, że niemalże słyszy się dźwięk przerzucanego szuflą piasku. To jest niesamowite, ja nie zdawałem sobie sprawy wcześniej , że tak można stworzyć tekst od nowa I to wyobrażenie też w trakcie odczytywania. To jest właśnie zrobienie też słuchowiska bo jak audiobooków nie słucham , słuchowiska mi się zdarza więc jak najbardziej jest to dla mnie też forma, która jest atrakcyjna. Tak więc to są te dwa elementy – nośne nazwisko I spójność cyklowa a reszta jest już pozostawiona specjalistom jest to już kwestia marketingowa.

H.G – Państwo słuchają audiobooków? Ma dla Państwa znaczenie kto czyta?

Czytelnicy – Tak.

H.G – Ja słuchałem fragmentu, który czytał Mariusz Banaszewski.

M.C – Tak, Mariusza Banaszewskiego też oczywiście kojarzę. Jego tembr, chropowatość i specyfikę głosu, bo ten głos ma naprawdę bardzo charakterystyczny co jest bardzo istotne.

H.G – Pana książek powstało bardzo dużo co świadczy według mnie o ciężkiej pracy bo pisanie książek, w ogóle pisanie to jest ciężka praca. Dlaczego wszystko jest takie krwiste, pełne trupów, zbrodni? Zły, brzydki świat.

M.C – Nie! Ani nie wszystkie, bo zdarzają się pozycję jak np "Miłość i wojna", gdzie jest kontrast miłości i wojny. Ja w ogóle lubię kontrasty. Wtedy widać najpiękniejsze cechy ludzkie, gdy się je zestawi z tymi najgorszymi. Wobec tego ta zbrodnia, ten grzech, ten mrok, krew podkreśla też piękno ludzkiej duszy po tej drugiej stronie u tego antagonisty przysłowiowego. Dlaczego wszyscy spoglądają na to bestialstwo, a nie na piękne porywy serca, które pozwalają uratować ofiarę od ciosów morderczych różnych seryjnych sprawców? Czy to w nas samych jest chęć podkreślenia w fabułach mroku, bezwzględności, krwistości? Bo to na nich skupiamy się najbardziej, i rzeczywiście rozmowa zawsze dotyczy tej makabry a nigdy tej drugiej, pięknej strony rytu charakteru głównych bohaterów, którzy są często osobami wspaniałymi, które są często idealistami, które mogą wnieść różne, piękne wartości. A o tym również powinno się mówić a nie tylko o tej krwawej jatce.

H.G - No tak, tylko ten temat z reguły przewodni to jednak zbrodnia, kryminał. Czy pana zawód wyuczony miał na to wpływ? Bo nie wiem czy Państwo wiedzą ale pan Max jest adwokatem.

M.C- To nie tak (śmiech). Tym bardziej, że postacie adwokatów w moich powieściach pojawiają się bardzo rzadko a bohaterowie muszą bronić się sami, na czym często źle wychodzą. Lepiej by było jakby się udali po poradę do adwokata (śmiech). Ale oczywiście jest jakieś zainteresowanie, które wpłynęło na wybór zawodu. Z wielu powodów poszedłem na prawo, później na aplikację adwokacką, ale być może jednym z nich było jakieś zafascynowanie może nie tyle co zbrodnią co kryminalistyką, kryminologią a byłem zbyt humanistyczny by iść na te kierunki. To jest może trochę przesada bo pisanie towarzyszyło mi w jakiś sposób zawsze i te lektury kryminałów, horrorów, thrillerów były elementem najczęściej wyjazdów wakacyjnych, więc sam sobie urządziłem pisząc wakacje, bo to mi chodziło, a później zostałem już na tych wakacjach przez kolejne lata i nadal na nich zostaję.

H.G – Być może to będzie pytanie trywialne ale faktycznie mnie to teraz zainteresowało.Ulubiony autor? Może być z czasów młodości.

M.C – Bez wątpienia Koontz i Matzen z wydawnictwa Albatros. Były to książki z pogranicza horrorów ale też sensacji. To jest ta dwójka autorów czytana regularnie, na każdych wakacjach, przez wiele lat, ale też jest to oczywiście Agatha Christy, Conan Doyle, Maria Fabii – mało popularna autorka węgierska z dwudziestolecia międzywojennego, która stworzyła moim zdaniem najlepszy kryminał jaki czytałem “Porucznik diabła”. Akcja rozgrywa się tuż przed wybuchem I wojny światowej w 1914 r., a cały kryminał opiera się tylko na śledztwie prowadzonym w sprawie zabójstwa w środowisku oficerów austro-węgierskich w Wiedniu. Maria tam mieszkała, była wiedenką i oddała świat schyłku monarchii jeden do jednego z konkretnymi przystankami tramwajów, rozkładami jazdy, więc przenosi w czasie w sposób moim zdaniem znakomity, a co więcej dostrzegam tam bardzo podobny rys do “Zbrodni I kary” Dostojewskiego. Swoją drogą też wyjątkowej książki, a zarazem bardziej przystępnej i przyjemnej w odbiorze. A właśnie “Zbrodnia I kara”, która uchodzi za literaturę piękną jest doskonałym przecież kryminałem.

H.G – wspomniał pan o budowaniu świata, takim bardzo szczegółowym w którym potem się dzieje historia opisywana a Marek Krajewski, jego seria o Wrocławiu był jednym z pierwszych, który tak dokładnie aż odtwarzał realny świat.

M.C – Krajewski rozpoczął bodajże w 2000 roku albo 1999 wydając pierwszą książkę, cykl o Wrocławiu, polski gatunek kryminału. Ja do tej pory mam wycięty fragment, bodajże z Newsweeka artykułu, bo zawsze zbierałam dziwnym trafem artykuły o pisarzach, a miałem wtedy lat 11. Mam wycięty fragment z Newsweeka właśnie wywiadu z nim o tym, że tworzy się właśnie polski gatunek kryminału, który wcześniej w ogóle praktycznie nie istniał. Były jakieś pojedyncze próby, ale od czasów międzywojennych został kryminał de facto zamordowany w Polsce przez szary okres jaki był po II wojnie światowej. Marek Krajewski podjął temat kryminału historycznego. Te powieści wypromowały polskich autorów i stworzyły zainteresowanie polskiego czytelnika polskim autorem czyli coś czego wcześniej nie było aż na taką skalę. Następnie wiem, że Marek Krajewski przeniósł też akcję do Lwowa, powstał cykl lwowski, również rozgrywający się w latach 20,30 XX wieku. Do czego zmierzam? Chciałem zwrócić uwagę jaką mamy sinusoidę tego całkowitego braku zainteresowania polską literaturą kryminalną, nagłego boomu licznymi pozycjami skupionymi na kryminale historycznym. W tym momencie znów sinusoida spada. Czytelnicy chcą sięgać jednak o coś innego. Nie wiem czy za chwilę znów będzie do tego powrót czy w inną stronę rynek meandruje ale jest to doskonały przykład jak to wszystko się zmienia, jakie jest zróżnicowanie potrzeb odbiorczych czy rozmaitych zainteresowań.

H.G – W Pana książkach jest też Lublin. Czy pan pisząc o wszystkich krwawych historiach I tych ludziach wie gdzie dokładnie będzie działa się historia?

M.C – To jest właśnie dobry przykład kiedy chcę komuś zrobić na złość a wiem, że spaceruje którędyś z psem notorycznie porankami (śmiech) to zdarzało mi się wykorzystywać te miejsca i później czytelnik czy czytelniczka unikali miejsc spacerowych wskazanych w książce. Ale co do zasady ja nie wiem gdzie rozegra się akcja. Ja nie planuje tego czy książka będzie osadzona w Lublinie, w Krakowie, w Gdańsku, tylko to mnie ma niejako ciągnąć. Ja sam mam się dowiedzieć gdzie się znajduje. W przypadku cyklu o Eryku Deryle chyba było to oczywistym, że rozpocznie się od Lublina, czyli mojego miasta rodzinnego, od miasta z którym jest związane wiele pokoleń mojej rodziny, miasta które gdzieś tam we mnie tkwi. To była ta emanacja właśnie w procesie pisarskim, ale z drugiej strony w przypadku “Mortalisty” nie wiedziałem gdzie zaczynam. Był mur, ceglana ściana, po drugiej stronie kamienice, czułem ten zapach. I nagle sobie uświadomiłem, że skądś znam to miejsce. Nigdy nie tworzymy miejsc w wyobraźni, których nie znamy, nie jest człowiek do tego zdolny. I tak było z tą pierwszą sceną Mortalisty i sobie uświadomiłem, że to jest ulica św. Jakuba w Krakowie, która jest mi znana, którą często chodziłem, za tym murem jest cmentarz, i tak się potoczyło. A w przypadku serii gdańskiej zaczynam wydarzenia na autostradzie w okolicach Gdańska, ale byłem przekonany, że to będzie kolejny tom Deryle, a nagle powieść zamiast wrócić do Lublina została tam, została z zupełnie nowymi bohaterami i był to zupełnie nowy cykl. Tak więc gdybym określał miejsca i od nich wychodził to ja bym się znudził tą lekturą. Mnie ta lektura zaskoczyła i ja mogłem wyjechać na nieoczekiwane wakacje.

H.G – z tego co pan mówi wynika, że fabuła powstaje w sposób dość otwarty czyli nie jest zaplanowana od pierwszych stron aż do zakończenia? Tylko daje pan sobie raczej taką komfortową swobodę tworzenia na bieżąco?

M.C – Komfortową swobodę walnięcia głową w ślepy zaułek, w mur, który jeżeli nie zakończy się wyobraźnia nie wiadomo gdzie zmierzać dalej. Bo i to się zdarza.

H.G – I co wtedy? Wtedy odkłada pan tą książkę, odpoczywa od niej?

M.C – Tak. Takich projektów jest wiele, one zostają, trafiają gdzieś i czekają na lepszy moment. ”Obcy”, moja książka, która się ukazała w lutym tego roku przeleżała w szufladzie dwa lata. Jest to książka o imigrantach swoją drogą, i czekała chyba na ten momemnt gdzie sama końcówa, ostatnie 50 stron dopisałem tuż jeszcze przed wydarzeniami wojny ukraińskiej. A takich książek jest wiele, ale z drugiej strony ja nie potrafiłbym napisać książki, w której wiedziałbym dokąd całkowicie ona zmierza od początku do końca. To jest dla mnie wyzwanie, praca z iście najgorszych koszmarów mitologii greckiej, odtwarzana każdego dnia, robienie tego samego, że wiem dokąd zmierzam i każdego dnia jest to tylko klepanie w klawiaturę przez kilkaset tysięcy znaków. Szaleństwo. Nie wiem jak to autorzy inni potrafią, podziwiam ich bo wiem, że wielu tak działa, ale z drugiej strony to całkowicie zabija emocje, adrenalinę i zaciekawienie. A jeżeli ja nie mam zaciekawienia fabułą książki to zawsze jest ta obawa, że i czytelnik nie będzie jej miał. Jeżeli ja doskonale wiem, kiedy zostanie popełnione morderstwo i kto zamordował to jest bez sensu, to jest zabicie własnej przyjemności tego procesu twórczego.

H.G – Wspomniał pan, że w ten sposób też pojawiają się nowe miejsca ale też nowi bohaterowie. Robi pan sobie odpoczynek od pewnych bohaterów, żeby pisać o innych ,potem wraca? Czy nie ma takiej potrzeby? Lubi ich pan wszystkich tak samo?

M.C. – Bohaterów też ma się dość po napisaniu książki no bo też jest to obcowanie z kimś przez te setki tysięcy znaków.

H.G – Tak jakby siedział obok, nie?

M.C – To nie jest do końca takie metafizyczne i nie ociera się o szaleństwo jakby siedział obok mnie i mnie czochrał po głowie. To jest nieraz praca po 16 godzin dziennie w związku z czym ja nie obcuję z nikim żywym tyle czasu ile z tymi fikcyjnymi bohaterami, więc to można nazwać szaleństwem. Dlatego dobre jest też to, że czuję znudzenie siłą rzeczy i odpycham te postacie chcąc skupić się na innych. Dlatego te cykle nie są też takie, że jedna po drugiej wychodzi książka. Wiem, że czytelnicy też na to czekają, ale ja najpierw muszę nabrać dystansu, ta separacja trwa.

H.G – A zdarza się panu pisać równolegle dwie, trzy książki na raz?

M.C – Zdarzało się, ale odszedłem od tego. Z tego względu, że każdej książce staram się nadać inny język, inny sznyt, inną wrażliwość i zwrócić uwagę na nieco inne rzeczy. Nawet jeśli nie planuję tych fabuł to mam często jakiś motyw przewodni, coś co jest dla mnie istotne, coś co przejawia się nawet delikatnie. A pisanie jednocześnie dwóch książek wybija z tego, pozbawia możliwości takiego pełnego oddania się kreowanym światom.

H.G – Czy do napisania książki jest potrzebna samotnia, gabinet, ulubiony fotel, ulubiony kubek z kawą, herbatą? Czy tak naprawdę może pan usiąść wszędzie? Gdzie pan pisze, gdzie pan woli?

M.C – Ja zawsze pisze w gabinecie. Zdarza mi się jeżeli jestem w jakiejś dłuższej podróży podopisywać jakieś bardzo krótkie akapity, czy końcówki rozdziałów, czy to w hotelu czy w samolocie czy gdziekolwiek. Może nie ma to znaczenia, ale nie jest to też komfortowe. Najbardziej komfortowe to jest mieć święty spokój, który jest najważniejszy. Ja jestem człowiekiem, który lubi mieć święty spokój, odciąć się od wszelkich bodźców i w swoim harmonogramie i rytmie ściśle ustalonego dnia funkcjonować. To jest najważniejsze.

H.G – Czyli jest jakiś rytuał? Wstaje pan rano, wypija kawę i mówi “Dobra, jest już godzina 6.15. Czas do fabryki. Trzeba pisać”?

M.C – Tak, dokładnie tak jest. To są ściśle ustalone pory co do minuty. Mam wiele zegarów w domu, niektóre biją co piętnaście minut, co pozwala określać rytm życia jeszcze dokładniej. To jest klucz do napisanie tak wielu książek, że jeżeli jest to robione regularnie, do tego jeszcze dołożysz ileś godzin pracy to musi się to przekuć w fabułę.

H.G – Czyli ile godzin pracy?

M.C – To jest kilkanaście godzin, do 16 godzin dziennie. W zależności od etapu pracy nad książką, w zależności też od pory roku. Też nie jest najważniejsze dla mnie pisanie. Ja chce czerpać z życia a nie tylko pisać, więc jeśli popiszę przez tydzień po 16 godzin wtedy ta książka jest napisana niemalże w 2/3. A zazwyczaj staram się zamykać projekty w ciągu miesiąca. Więc jeżeli mam w ciągu tygodnia napisane 2/3 książki to przez kolejne 3 tygodnie już mogę pisać o połowę mniej i korzystać z innych zabaw życia.

H.G – Czyli taka książka, która ma 500 stron, 400, powstaje w 2 miesiące?

M.C. – Sama praca nad nią to jest mniej niż miesiąc. Moja praca. Nigdy nie przekraczam miesiąca na jedną książkę. Nigdy. Dlatego w tamtym roku się ukazało 9 moich powieści i wydawnictwo powiedziało “nie przesadzajmy”, no bo marketing nie nadąża. Wszystko w marketingu jest oparte na działaniu z wyprzedzeniem, artykuły czy wywiady pojawiały się dotyczące nowej książki, gdy premierę miała jeszcze kolejna książka i się wszyscy zaczynali trochę w tym gubić, dlatego teraz te dystanse zrobiłem większe i w tym roku będzie 8 książek (śmiech).

H.G – Ciągle pan w tym samym wydawnictwie publikuje?

M.C – No jeżeli się zgadzają wydać 9 książek (śmiech)

H.G – No ja się nie dziwię, muszą pana lubić. Który autor co miesiąc przynosi nową książkę? Większość weźmie zaliczkę i mówi “ok, niedługo zacznę pisać”.

M.C – Ale ja wychodzę z takiego założenia, że zaliczki moje są całkowicie symboliczne i to tylko dlatego, że na początku powstał taki usus, żeby te zaliczki po prostu były. Chociaż wydawcę mam tak dobrego, że wielokrotnie nalegał, że mi podnosi tą kwotę. Ja zawsze jestem zdania takiego, że mnie zaliczka nie interesuje. Mnie interesuje finalna sprzedaż, finalny rezultat tej pracy a nie jakieś dobre nadzieje na przyszłość.

H.G – Wróćmy jeszcze na chwilę do pana gabinetu. Czy tam jest taki duży regał z wszystkimi książkami Maxa?

M.C – Kiedyś był, były nawet dwa takie regały w jednej z bibliotek, ale ograniczyłem je tylko do jednego egzemplarza każdej z powieści. Były też zbiory opowiadań, były rozmaite wydania jeśli jakaś książka się ukazała w kilku formatach.

H.G – A nie miał pan tak kiedyś, że tak pan sobie siedział i patrzył na te książki i nie pomyślał sobie “Kurczę, w sumie mógłbym już odpocząć. Tyle tego napisałem”?

M.C – Ja piszę bo mam świadomość, że w każdej chwili mogę odpocząć, że w tym momencie absolutnie nie muszę tworzyć. Nikt nie stawia mnie pod ścianą abym w tym momencie napisał kolejną powieść. Czy jedną w roku, czy 5, czy jedną na 5 lat. To nie ma znaczenia. Ale ja chcę to robić, mnie to bawi i dopóki tak będzie, będę pisał. Jak przestanie mnie to bawić, przestanę też pisać. To jest jakaś moja umowa z samym sobą. Zawsze robiłem to do czego byłem przekonany. Dlatego wybrałem też adwokaturę.

H.G – Zazdroszczę i cenię. Jak nie chce pan odpowiadać proszę nie odpowiadać ale jak Państwo zauważyli pan Max jest bardzo elegancko ubrany a wcześniej zrobiłem sobie research i wiem, że lubi dobre rzeczy, dobre ubrania. A jak się pan ubiera do pracy?

M.C – Z domu wyniosłem to, że sam ze sobą muszę czuć się bardzo dobrze, bardzo estetycznie i można czuć się wygodnie będąc ubranym bardzo elegancko więc nie ma, że codziennie jestem ubrany pod krawatem, bo lubię to po prostu. Lubię dobre rzeczy, dobre krawaty. Dresy nawet najbardziej wyborne nigdy nie będą dla mnie dobre ani przyjemne do poczucia siebie w samym sobie, a co dopiero do zobaczenia się. Każdy nosi co chce i jeden czuje się dobrze na przykład w dresach, a drugi czuje się dobrze w czymś bardziej wyszukanym.

H.G – Pan jest jednak jeszcze młodym mężczyzną i podejrzewam, że większość pana rówieśników ubiera się mniej elegancko? Ale doceniamy, doceniamy elegancję.

M.C. – Jest to głównie kwestia jakiegoś zaszczepienia w domu I obcowania z rodziną. Ja od dziecka zwracałem na to uwagę.

R.G – Zapytam jeszcze co pan lubi. Dobre ubrania? Zegary antyczne?

M.C – Ja kolekcjonuję zegary.

H.G - Dobre samochody?

M.C. – Też.

R.G – Dobre alkohole?

M.C. – Tak. Wszystko co dobre jest dobre.

H.G. – Takie cechy hedonisty?

M.C – A po co żyć? Pracuje się, z jednej strony jest ta praca. Ona też jest hedonistyczną pracą bo robię dokładnie to co lubię i to czego potrzebuję a z drugiej strony zamierzam korzystać z życia. To jest frazes ale całkowicie się z nim zgadzam, że po co tracić życie na coś co nie jest nas godne? A ja wychodzę z założenia I to nie jest megalomania, że godne mnie są rzeczy najlepsze I po takie sięgam a jeżeli takich nie ma to nie sięgam. Po prostu.

H.G – Gdyby pan musiał w nawet najbardziej ekskluzywny samochód spakować w bagażnik rzeczy i wyjechać z nimi to co by pan zabrał?

M.C – Chyba nie ma sytuacji, która zmusiłaby mnie do wyjechania, bo właśnie to jest taka sprzeczność logiczna taka absurdalnie abstrakcyjna. Ja bym wszystko wybrał, żeby zostać w swoim gabinecie, w swoim domu, w swoim ogrodzie. Nie ma niczego co by mnie zmusiło do wyjechania bez rzeczy, które mnie otaczają, bo one są dla mnie najważniejsze. Nie ma niczego ważniejszego niż bicie zegarów, które biły moim dziadkom, pradziadkom, pra-pradziadkom, nie ma niczego ważniejszego niż biurko przy którym siedziało x pokoleń mojej rodziny. To tworzy mnie. Jeżeli by tego nie było, nie ma mnie, więc po co mam wyjeżdżać? To mnie pochowajcie pod tym wszystkim. To jest temat, który tworzy pewną spójność większości z nas. Rodzina, brak rodziny, relacje rodzinne, to są lustrzane odbicie. To jest coś co nas zatrzymuje lub wygania.

H.G – No właśnie. Czy te osoby, które pana otaczają na co dzień, rodzina, przyjaciele, czy ich postacie możemy znaleźć w pana książkach? Jakieś wzorce?

M.C. – Nie sądzę. Zawsze staram się wystrzegać tego by umieszczać znane mi osoby. Ale tak, tak samo ci bohaterowie, muszą mieć siłą rzeczy cechy kogoś kogo spotkaliśmy, i często są to osoby bliskie. I nieświadomie nawet w trakcie pisania czy nawet przy kolejnych tomach zdarza się, że nagle odkrywam, że ta postać ma cechy i rysy osobowości kogoś kogo znam. Profiler, Orest Rembert na przestrzeni dwóch, trzech tomów całkowicie upodobnił się do mojego przyjaciela, który faktycznie jest profilerem.

H.G – Te imiona w pana książkach są faktycznie takie niecodzienne. Po co? Po to aby były bardziej fikcyjne te postacie?

M.C. – Ja w ogóle mam problem z polskimi imionami bo nie pasują mi, jest to też kwestia jakiegoś brzmienia. Nie pasują mi typowo polskie imiona, typowo polskie nazwiska co do zasady. Nie jest to normą bo przecież i takie się pojawiają ale jednak wole coś bardziej nietuzinkowego. Stąd też te wybory często. A spotkam je szczerze mówią, bardzo często podczas spacerów na cmentarzach miejskich. Chodzi po prostu o spacerowanie tam gdzie jest spokojnie I nie ma ludzi.

H.G – Tak się nawet mówi, że zwiedzanie nowego miasta powinno się rozpocząć właśnie od cmentarza by poznać jego historię. Czyli postacie fikcyjne oczywiście w jakiś sposób będące tysiącami odbić rzeczywistości ale jest też seria książek, która opiera się na wydarzeniach.Mamy fikcyjne postacie, fikcyjne światy, co nieco ułatwia bo nie trzeba się trzymać faktów I skąd nagle pomysł żeby przejść w historie prawdziwe?

M.C – Punktem wyjścia jak często to bywa był przypadek. Pierwszą z tych powieści jest “Rzeźnik” czyli powieść o jednym z najbardziej charakterystycznych morderców seryjnych okresu być może międzywojennego ale też wojennego. Przypadek sprawił, że otrzymałem dokumenty związane z tą sprawą, które nie były publikowane. Były mało znane, mało wyeksponowane nawet w poprzednich książkach czy reportażach. Przejrzałem je, zainteresowały mnie w jakiś sposób, pomyślałem o tym żeby napisać z ich użyciem najpierw opowiadanie. Później zobaczyłem, że tych wątków jest na tyle dużo, że można pokusić się o stworzenie powieści. Wtedy jeszcze doszedł ten element żeby zmienić narrację na narrację pierwszoosobową, co więcej narrację pierwszoosobową czasu teraźniejszego czyli coś czego w ogóle nie było w powszechnie popularnej literaturze gatunkowej. A już na pewno nie w formie 1:1. W związku z czym zacząłem pisanie. Błyskawicznie ta książka gdy trafiła na rynek stała się bestsellerem gdzie mieliśmy duże obawy z wydawcą jak zostanie przyjęta. To był ogromny sukces sprzedażowy w bardzo krótkim czasie. Możemy wydzielić dwa gatunki. Jeden to ci polscy zbrodniarze, seryjni czyli dwóch polskich I jeszcze jest jeden austriacki plus drugi odłam to są powieści oparte na losach zbrodniarzy hitlerowskich.

H.G – Czy w przypadku tych książek opartych na rzeczywistych wydarzeniach proces poszukiwania informacji tych bohaterach jest dłuższy? Pan poszukuje, zagłębia się, poszukuje opisów z tamtych okresów, wydarzeń, opisów sądowych, zdjęć?

M.C – Tak. To jest najistotniejsze, żeby odtworzyć tamtejszy świat, żeby to było autentyczne przeniesienie czytelnika do tamtych czasów. Proszę wydawcę bardzo często by mi w tym pomógł bo w tworzeniu książek bierze udział wiele podmiotów bardzo często. Są to też jakieś instytucje zainteresowane tematem więc można poprosić I zgłosić się do nich. Można mówić o IPN, bibliotece narodowej, o jakimś urzędzie gminy w którym są konkretne dokumenty. Można znaleźć bardzo łatwo jakieś nieznane nikomu wyciągi, które są dostępne całkowicie publicznie. Więc ja proszę, żeby mi to udostępnili. Ale co jest ważne? Ważne jest , jak w przypadku Edmunda Kolanowskiego zwanego Zimnym Chirurgiem, drugiego z moich bohaterów – tam były dokumenty sądowe, które znowuż miały jeden plus. Tamtejsze notatki z tamtych czasów dawały 1:1 to co mówiły osoby, które protokołowano. To były słowa spisane 1:1 językiem tych osób. Możemy dzięki temu zobaczyć sposób wypowiadania się, i w ten sposób właśnie starałem się napisać też tym językiem aby spróbować naśladować je literacko. Napisałem to w tej formie, narracja teraźniejsza, pierwszoosobowa. Napisałem kilka stron, przeczytałem je i poszły całkowicie do śmietnika. Nikt nie przeczyta książki pisanej językiem mówionym, potocznym a do tego jeszcze półgłówka. Dlatego zrezygnowałem z tego eksperymentu.Ale całą reszta tej autentyczności , którą poznaje jest wtłaczana w książkę I jest bardzo istotna.

H.G – Pisząc np. “Rzeźnika” i mając już wiedzę na temat postaci czy ma pan potrzebę pojechania do miejsca w którym on był? W tym przypadku był to Szczecin?

M.C. - To zależy. Szczecin był przypadkiem, byłem też w Wiedniu bo go uwielbiam, w Poznaniu gdzie był Kolanowski. Inaczej już jest z postaciami obozowymi bo tych miejsc już nie preferuje. Ale to już jest inna natura I inny gatunek.

H.G – Więc mamy postacie prawdziwe, fikcyjne i … książka dla dzieci?

M.C. – Jest

H.G – Skąd potrzeba?

M.C – Kwestia wyzwania i tematu, który często był rzucany jako “Spróbuj to napisać. Zobaczymy” albo słynne polskie “Nie dasz rady” - Ja nie dam rady? (śmiech).

H.G – Potrzymaj mi piwo.

M.C – Tak, na tej samej zasadzie. Wtedy być może tak troszeczkę wzięty pod włos i pod wpływem całego znowu splotu wydarzeń i innego wydawnictwa, które chciało mnie podkusić bym napisał taką właśnie książkę, w związku z czym filia zwiększyła ofertę ale jak mówiłem, ja zaliczek nie przyjmuje więc potraktowałem to stricte jako wyzwanie, zobaczymy co będzie. W trakcie pisania bawiłem się tak wybornie, jak dziecko. Każdy mężczyzna ma w sobie coś z dziecka. Przypominałem sobie lektury sprzed lat, które mnie bawiły I oddziaływały na moją wrażliwość I tak powstał pierwszy tom cyklu bo będzie to cykl gdyż sprzedaż okazała się naprawdę dora. Udowodniłem przede wszystkim sobie, że można I to jest początek zupełnie nowego gatunku I zupełnie nowej historii.

H.G – To jest niezłe w sumie, wychować sobie kolejne pokolenie młodych czytelników.

M.C. - Tak, szczególnie, jeśli się tworzy bohaterów dziecięcych dorosłego cyklu. Bo w książce dla dzieci bohaterami są postacie, które pojawiają się później w cyklu o komisarzu Deryle. To są jego młodzieńcze perypetie tak więc jedni będą z drugimi dorastać.

H.G – To nie głupi ten pan wydawca (śmiech).

M.C – Pomysł był mój, więc tu już laurka do mnie tylko należy bo tam żadnej już sugestii nie było. Pomysł, aby przenieść bohaterów do czasów młodości był mój i stanowił taką bezpieczną przystań i punkt wyjścia. Więc pomysł był z jednej strony bezpieczny, a z drugiej marketingowo to było zagranie ciekawe. Ale zrobiłem to też chyba dla własnego zainteresowania bo w jakiś sposób intrygowało mnie I chciałem zobaczyć jak ten stetryczały komisarz Deryle zachowywał się jako stetryczały ośmiolatek Deryle. I wcale nie był taki stetryczały jak się okazało.

H.G – Padło tutaj przywołanie marketingu, który świetnie, że jest tak rozwinięty bo w świecie w którym żyjemy atakują nas media, portale, czytelnictwo spada,książka jest passe, ludzie nie chodzą do bibliotek, nie kupują w księgarniach a się okazuje, że jednak da się? I właśnie, w jakich nakładach wychodzą pana książki?

M.C. – Właśnie ja sam nie rozumiem tego, bo kiedyś otwierało się książkę i na pierwsze stronie było napisane, że książkę taką i taką wydano w tylu egzemplarzach, ile trafiło do biblioteki narodowej a dziś robi się z tego tajemnicę

H.G – Tak przykładowo. Więcej niż 50.000?

M.C. – To jest też kwestia różnych pozycji.

H.G – Ale te nakłady są duże?

M.C – Tak. Jest to potężna rzesza czytelników. Często mówi się o tym, że książka żyje 3 miesiące w czasach współczesnych na rynku wydawniczym, na listach przebojów. Nie ma co do zasady, że książka utrzymuje się dłużej niż 3 miesiące. Są, pojedyncze pozycje, które z różnych względów utrzymują się dłużej. Często tego nikt nie wie dlaczego tak jest jak np. Książka “Pacjentka”. Cały świat wydawniczy zastanawiał się dlaczego tak jest, że ta książka, ten towar, jest na listach wydawniczych empiku I innych księgarni przez rok. Sprzedaż chyba przekroczyłą ćwierć miliona w samych empiku. To był dość duży sukces I nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, łącznie z polskim wydawcą tej książki. Więc są takie sytuacje ale co do zasady, życie książki jest trzymiesięczne.

H.G – Proszę Państwa to jest taki fajny moment kiedy Wy możecie o coś zapytać pana Maxa? Jest coś co was ciekawi dodatkowo?

Czytelnik – Czy w ciągu dnia uprawia pan też swój zawód?

M.C – Nie, ja od razu 2 miesiące po debiucie odwiesiłem togę na kołak. Pisanie to jest główna moja działalność ale ja też nie lubię tego sformułowania “zawód”. Zawód to jest konia, który musi chodzić w kieracie i cały czas wykonywać swoją pracę a ja od tego stroniłem całe życie. Chciałem być wolny i moim zawodem może być wszystko co sobie zażyczę w danej chwili, i dążę do tego aby tak było. Tak sobie życie układałem. Ale oczywiście całą działalność skupia się wokół pisania.

Czytelnik: Czy już od dziecka objawiał pan talenty pisarskie? Wypracowania były dobre?

M.C – Wypracowania były polemiczne z nauczycielami i z kluczami, ale chyba tak jest, że większość tego nie rozumie. Ja debiutowałem dość wcześnie wybitnym utworem poetyckim “Van Gorce”, jak wspominałem to pisanie było niemalże od zawsze. Później było opowiadanie z kwartalniku “Akcent”, więc cały czas było to dla mnie ważne jako sposób uporządkowania myśli.

Czytelnik: - A ma pan tak, że zaczyna pan pisać istwierdza “Nie, to jest do kosza”, i już nigdy pan do tego nie wraca?

M.C. – Często jest tak przy początkowych stronach. Nigdy nie miałem tak na szczęście po 300 przypuśćmy stronach, żeby zdać sobie sprawę “ale nawywijałem. "Zwariowałem (śmiech), to się nie sprzeda albo to głupoty są straszne” Nie. Jedna przyczyna, że książki nie są wydawane to to, że nie wiem jak się skończą, inną przyczyną jest to porzucenie po kilkunastu już stronach kiedy faktycznie nie wciągnie mnie, nie zainteresuje ten projekt. Sam nie chciałbym czytać takiej powieści.

Czytelnik: - Czy ten pana zawód, który pan zawiesił w trakcie pisania książek pomaga w wyszukiwaniu tych autentycznych szczegółów potrzebnych do napisania powieści?

M.C. – Współpracując z wieloma podmiotami wiedziałem, jak uzyskać potrzebne akta i sam pomagałem przy dobrnięciu do pewnych akt przyspieszając nieraz ten proces bo mnie się spieszyło. Biorę też udział w takim projekcie “Opowiem ci o zbrodni” - to jest telewizyjny serial Polsatu, gdzie autorzy opowiadali o zbrodniach na faktach i tam cała ekipa ma na celu dotarcie do archiwów takich najbardziej mrocznych spraw. I chodzi o to aby pokonać te przeszkody, niechęć urzędników, czy może się okazać, że akta były ale już ich nie ma nie wiadomo dlaczego. Na podstawie tego programu widzę doskonale jak przebiega proces poszukiwania świadków czy rodzin ofiar.

H.G – Ja sobie uświadomiłem, że to jest świetne, że pan nie pisze jak adwokat. Język adwokatów to jest w ogóle inna kategoria.

M.C. – To zależy jakiego adwokata. Są adwokaci, którzy piszą tak kwieciste pisma procesowe, bo pamiętajmy, że po drugiej stronie tym odbiorcą jest sędzia, i np. pozwy pisane przez adwokatów w sprawach rozwodowych niejednokrotnie to są powieści obyczajowo – romansowe z nutką grozy. To są tak naprawdę dwa języki. Jeden to jest język prawny a drugi język prawniczy. Ja, jeszcze podczas aplikacji z wielką przyjemnością słuchałem mowy końcowej adwokatów, które są przepiękne i tak przekonujące, że ja w stu procentach jestem w stanie zaufać temu człowiekowi.

Czytelnik – Skąd u pana taka inspiracja w tych powieściach autentycznych, żeby pisać tą narracją pierwszoosobową, teraźniejszą akurat wczuć się w zabójcę? Jakby pan ten swój zawód ciągle pełni bo wczuwając się w tego zabójcę pan poniekąd ich broni, szuka w nich ludzi. Pomimo tego co oni zrobili.

M.C. – Właśnie staram się wychodzić z tego założenia, że to nie jest obrona , tylko to jest pokazanie, że każda z tych najbardziej wynaturzonych osobowości była człowiekiem I nie możemy na nich patrzeć tylko z perspektywy zbrodniarzy i nie mówię tego jako adwokat a raczej obserwator rzeczywistości. Wyrzucamy w ogóle ze swojej głowy obraz, że ktoś był dobrym ojcem, dobrym kochankiem, dobrym pracownikiem, w ogóle człowiekiem, który się pięknie sprawdzał w pracy zawodowej. O tym się trochę zapomina. To właśnie te okoliczności tworzą tego człowieka, i to jest pasjonujące

Czytelnik: - O kim się łatwiej piszę? O kobiecie popełniającej zbrodnię czy o mężczyźnie? Bo kobieta jest raczej postrzegana jako mniej zdolna do zbrodni?

M.C – Tak, ja sam jeśli odkrywam dlaczego dana osoba popełniła tą zbrodnię i z jakiego powodu to sam jestem zaskoczony i często właśnie pierwszy rozdział powstaje już po napisaniu ostatniego, kiedy rozumiem sam co nią motywowało. Co do zasady czy kobieta czy mężczyzna postać kobiety jest na pewno bardziej zaskakująca a z drugiej strony bardziej plastyczna do opisania, dla mnie bardziej atrakcyjna I nawet sposób działania jest całkowicie nieintencjonalny. Kobiety, które popełniają te zbrodnie robią to nie tylko w sposób bardziej finezyjny ale też z bardziej finezyjnych motywacji. Nie jak w przypadku tych prostych cepów, mężczyzn, których powody są często bardzo trywialne I nie skomplikowane. U kobiet widzę nadmierne skomplikowanie (śmiech).

H.G. – Myślę, że powoli będziemy kończyć to spotkanie, bo jeszcze zapewne chcą Państwo autografy. Bardzo Państwu dziękuję za te pytania. Kończąc oczywiście dziękuję panu Maxowi, który opowiedział nam o tym wszystkim. I na koniec zachęcam do sprawdzenia audiobooków szczególnie osobom, które lubią czytać w wannie, ponieważ książki szczególnie te nowe gdy wpadną do wody to kiedy wyschną to są takie wielkie a czytniki też się nie nadają do czytania w wannie (śmiech) . Dziękujemy bardzo. (Brawa)

M.C – Dziękuję serdecznie. 

Wysłuchała i spisała Joanna Kuźmin-Wańkowicz

Fot. facebook.com/BibliotekaGoraKalwaria



Dodaj swój komentarz

Imię (pseudonim):

Treść:

Komentarze (5)

Muminek

Data: 18 września 2022, 21:27 Komentarz został ukryty z powodu naruszenia zasad komentarzy.

Za długie

Data: 19 września 2022, 17:45 Nie czytałem

Kto?

Data: 19 września 2022, 23:42 Kto to? I kogo to interesuje?

Alex

Data: 20 września 2022, 17:05 Świetny artykuł, wspaniały i znany autor wielu książek

Alex

Data: 20 września 2022, 17:06 Do: Kto?

Jak Cie nie interesuje to nie czytaj, dla miłośników kryminałów to znany autor wielu książek, polecam Mentaliste :)